Mówi się, że miałam bujną wyobraźnię. Niebieska
budka telefoniczna wylądowała w naszych truskawkach. Otworzyły się drzwiczki z
których wyszedł mężczyzna. Był młody o ciemnych włosach i jasnych żywych
oczach. Uśmiechnął się do mnie. Nie pamiętam czemu byłam na dworze. Moja
koleżanka też to widziała i pomachała mu jakby już go kiedyś widziała. Ja go
nigdy nie widziałam. Chwile później zniknął i już nigdy się nie pojawił aż do
tego feralnego dnia podczas zakończenia szkoły. Siedziałam z Nancy która bardzo
się denerwowała. Spojrzała na mnie swymi ciemnymi oczami. Wiedziała, że wszyscy
z jej rodziny czekają aż wyjdzie by odebrać dyplom. Charakterystyczna
kanciasta, niebieska czapeczka zakrywała jej brązowe upięte w nienaganny kok
włosy. Parę kosmyków opadło jej na czoło. Dyrektor już oddawał dyplomy po kolei
przywołując każdego z nas. W końcu i wyczytał mnie. Wstałam z drewnianego
krzesła z miękkim czerwonym obiciem. Czułam jak moje nogi robią się jak z
ołowiu. Stanęłam tuż obok mężczyzny w podeszłym wieku ubranego w granatowy
garnitur. Spojrzałam na tych wszystkich ludzi oraz na moją mamę która siedziała
wycierała oczy materiałową chusteczką. Obok niej siedział Brandon który
pomachał mi i uśmiechnął się ukazując szczerbę po między zębami. Nagle
dojrzałam mężczyznę. Lekkie przebłyski pojawiły się w umyśle. Znałam go ale
wtedy jeszcze nie wiedziałam dlaczego. Ciemne włosy zaczesane do tyłu dosyć
długie lecz zadbane i jasne okrągłe
oczy. Mógł być trochę od mnie starszy lecz nie o wiele. Delikatny zarost jak
parę dni po goleniu. Miał na sobie koszulę która miała podobny kolor do
kremowego. Do tego brązowe spodnie na kant. Zauważył mój wzrok i pomachał mi.
Wtedy zdałam sobie sprawę że dyrektor nadal stoi z moim dyplomem ukończenia szkoły
do tego z wyróżnieniem. Odwróciłam się i drżącą ręką chwyciłam za papier
zawinięty w czerwoną wstążkę. Mama wstała z krzesła i zaczęła klaskać. Za nią i
inni zaczęli klaskać. Typowa reakcja łańcuchowa. Nawet nieznany mężczyzna
klaskał. Wróciłam na swoje miejsce. Od razu opowiedziałam Nancy o tym co
widziałam. Dziewczyna spojrzała na mnie jak na wariatkę. Odwróciła się by choć
dojrzeć mężczyznę.
- To
niemożliwe. –powiedziała. Oczy miała wielkie jak dwie złote monety. -On…
Pamiętasz Lil tamtego faceta? Tego co pojawił się w budce telefonicznej? Wydaje
mnie się że to on. Lecz to jest nie możliwe. Przecież miałby teraz pewnie tyle
samo lat co mój ojciec. A wygląda na trochę starszego od nas. Myślisz że
zwariowałam?
- Jeśli
tak to nas jest dwie. –powiedziałam drżącym głosem. –Podejdę do niego. Zapytam
się czego chce. Może nie jest to do nas? Może ma tu siostrę, brata, kuzynkę?
Nie wiem. Nancy to nie jest za normalne.
Wstałam
z krzesła. Pomału zaczęłam ruszać w stronę mężczyzny który jakby na mnie
czekał. Ręce miał założone na piersiach. Opierał się o ścianę. Rękawy koszuli
miał podciągnięte do łokci. Uniósł kącik ust widząc jak do niego podchodzę.
Stanęłam naprzeciwko niego. Wyciągnął ku mnie dłoń lecz nie tak jak podczas
przywitania. Chciał abym za nią chwyciła. Zamrugałam oburzona. Ja tego faceta
nawet nie znałam. Może chce mnie uprowadzić i w lesie zaciukać siekierą? Nie
wiedziałam i raczej nie chciałam tego sprawdzać. Włożyłam dłonie do kieszeni
granatowej spódniczki sięgającej do kolan wystawiając tylko kciuki. Uniosłam
wzrok na niego.
- Kim
ty jesteś? I czy my się w ogóle znamy? –spytałam. Dopiero po chwili zdałam
sobie sprawę że to musi głupio brzmieć jeśli to nie było do mnie. Co jeśli się
obraził i powie że jestem niewychowana i pyskata? Tyle że jeszcze przed chwilą
podawał mi dłoń. Pochwalił się nad mną i odgarnął parę kosmyków za ucho. Czułam
jego ciepły oddech tuż przy uchu.
-
Lilianno Smith znamy się i to od dawna. Chodź widziałaś mnie przez chwilę.
Twoja przyjaciółka dobrze mnie pamięta. –wyszeptał. Moje policzki zaczęły
niemiłosiernie się rumienić. Za blisko był. Chwycił mnie za podbródek tak że
widziałam całą jego twarz. Idealną pod każdym względem. Nie przeciętną. Chłodne
niebieskie oczy jasne i zarazem tajemnicze. Powiedział to raz, a wyraźnie.
–Jestem Doktor Lilianno.
-Doktor
kto? Doktor anestezjolog, chirurg, laryngolog? Kto? –odsunęłam się. Prawię
wpadając na szerszą kobietę, która na szczęście tak skupiła się na przemówieniu
końcowym że nawet nie zorientowała się że uderzyłam ją łokciem. Uśmiechnął się
tylko ukazując śnieżnobiałe zęby.
-
Bardzo dobre pytanie Smith. Pozwól, że odpowiem ci na nie w innym czasie. Tak
więc ruszamy. Wpierw jednak zapakujesz się. Pasta, szczoteczka i inne rzeczy
które na pewno ci nie pożyczę. To Nie higieniczne szczotkować się jedną i tą
samą szczoteczką. O! Może masz płyn do dezynfekcji powierzchni? –spytał.
Zmarszczyłam się. Nigdzie się z nim nie ruszam. Po za tym nawet jeśli bym
ruszyła to mama zdecydowanie by mi na to nie pozwoliła. Po za tym miałam już ułożony
plan na życie.
- Nie!
–uniósł brew pytając czy chodzi o to. że nie mam płynu do dezynfekcji
powierzchni. Zaprzeczyłam parę razy energicznie kręcąc głową. Parę włosów
wpadło mi przez przypadek do ust. –Nie. Ja cię nie znam. A nawet gdyby. Ja
miałam pójść na studia. Zostać lekarzem weterynarii. Na koniec roku się
zakochać w chłopaku o ciemnych oczach jak węgielki. Wziąć ślub dwa lata
później. On będzie pracował jako nauczyciel fizyki w liceum. Mieć dwóję dzieci. I
nagle mam z tobą lecieć? Nie pomyślałeś może to tym, że nie chcę? A nawet
gdybym chciała myślisz, że moja matka się zgodzi? W większości to jej plan. To
ona wypisała mi całe moje życie odkąd mnie urodziła.
- Wiem.
Wiem. Ale jak chcesz to opowiadaj dalej. Akurat wszystko się skończy i
porozmawiam z twoją matką. Nancy też leci. Chodź nie do końca tego chcę. Jest
typowym psujem? Czyż nie? Nie chroń koleżanki mów prawdę. –powiedział tak jakby
nie słyszał przed chwilą zaprzeczenia. Ja nie miałam zamiaru z nim lecieć. Lecz
jeśli i Nancy miała lecieć to czemu wciąż mnie coś powstrzymuje.
- Czego
nie rozumiesz w słowie „Nie”? I tak, Nancy ma złote rączki. Co dotknie to się
nagle rozpadnie. Lub popsuje. Tylko niech za coś chwyci, pociągnie, przekręci…
Nancy? –zdziwiłam się. Dziewczyna stała tuż obok nas. Nie miała na głowie
czapki. Trzymała ją pod pachą, a w jednej dłoni trzymała niebieski frędzelek
który powinien znajdować się na środku czapki a nie w jej dłoni. Ściągnęła brwi
tak że po między nimi powstała zmarszczka. Przysunęła się bliżej mnie. –To jest
ten gość którego widziałyśmy kiedy byłyśmy małe. Wiem, że to chore. Może mamy
zwidy? Wiem. Myślisz że nam coś dosypał? A niech no wpadnie w moje ręce.
-
Dziewczęta. –nasz doktorek X chrząknął. Czyżby nie odpowiadało mu to, że głośno
twierdzimy iż to tylko wybryk naszej wyobraźni oraz halucynacji po tym jak mój
kochany, mało inteligentny młodszy braciszek nam coś dosypał. –Jestem tu
naprawdę. Cały, zdrowy i żywy. Wytłumaczę wam wszystko w tardis, a mamy jeszcze
dwa przystanki. Nancy wytłumaczysz swojej przyjaciółce dlaczego macie, ze mną
podróżować? Bo na razie się opiera, a musimy jeszcze podjechać po wasze rzeczy
chyba że kupimy wszystko w tych wielkich sklepach. Szczoteczki do zębów, jakiś
preparat na linienie. Nie lubię kiedy gdzieś na jakimkolwiek przedmiocie leży
czyjś włos. A wiem, że w waszym przypadku to często będę je widywał. To jest
odrażające. Nie rozumiem po co ludzie gubią włosy. Są na pewno preparaty
przeciwko łysieniu. Lub wzmacniające włosy. A więc Nancy, Lilianno? Czekamy na
waszych rodziców? Stonowie będą się upierać ale Smith pozwoli. Nancy rozumiem,
że z tobą mają wielkie plany nawet większe niż z Lilianną? No to najwyżej po
ciebie wrócimy. Lilianna Smith pewnie mnie obedrze ze skóry za to, że nie skoczy
studia. Powiedziałbym ci że lepiej abyś poszła na fizykę tak jak Nancy ale
przeczuwam że nie jesteś wcale z niej dobra.
- Odkąd
fizyka pojawiła się w szkole daję jej korki. Starsza siostra mnie poduczyła a
ja złapałam bakcyla. –brunetka odruchowo spojrzała na wszystkich siedzących.
Wzrokiem musiała odnaleźć swoich rodziców ponieważ pomachała do nich, co
sprawiło że cała jej rodzina zaczęła iść w jej stronę. Zauważyła to także moja
mama. Wstała i pociągnęła mojego młodszego brata. –Dobra panie X zwołaliśmy sabat
zaraz wszyscy się zbiorą. To będzie jak walka o ciuchy na przecenie. Zacięta z
wielką stawką. Moi rodzice są uparci. Zobaczymy jak ich przekonasz panie
inteligent.
- Któż
to taki? –spytała mama Nancy. Kobieta w wieku średnim której włosy były
farbowane dokładnie wczoraj na platynowy blond bo przecież już widać jej
siwiznę a przynajmniej tak twierdzi. Trzymała za rękę swojego męża który miał
wszystko gdzieś i pewnie gdyby to on sam opiekował się Nan to machnąłby ręką.
Nie był typowym ojcem który nie pozwoli by jego mała córeczka spotykała się z
facetem. Za to jej matka musiała zadać setkę pytań zanim zgodzi się by jej
córka się z nim spotykała. –Nigdy cię nie widziałam więc na pewno nie jesteś
chłopakiem Nancy. Lili to twój chłopak? Coś skończył? Jaki kierunek? Pytam
zawczasu zanim twoja matka tu dojdzie. Obedrze cię ze skóry jak się okaże, że
nie uczy się w żadnym uniwersytecie.
-
Fizyka. W każdym możliwym zakresie. –uśmiechnął się do matki Nan. Nawet nie dał
mi powiedzieć że my nic ku sobie. Po prostu zaczął czarować wszystkich. Może to
czarodziej i używa teraz swojej magii? Nadeszła i moja mama. Zlustrowała
chłopaka wzrokiem przy okazji także i mnie. Szepnęła coś na ucho pani Stone ta
od razu jej odpowiedziała. Zauważyłam dziwny błysk w jej pistacjowych oczach. Spojrzała
na mnie z uśmiechem. –Tak, tak pani Smith. Fizyka na jednym z lepszych
uniwersytetów. Geniusz już od najmłodszych lat. Przymierzam się do doktoratu. Zacząłem
wcześniej studia. I jestem tu z takim pytaniem. Lecz może lepiej je zadać przy
łyku herbaty i ciastku?
-
Oczywiście. –mama uśmiechnęła się. Czyżby myślała że spyta o błogosławieństwo?
Mam z nim podróżować nie wiem gdzie ale po tym jakie zrobił na matce wrażenie
byłaby zadowolona nawet gdyby powiedział że zabierze mnie do Honolulu. Pani
Stone zaproponowała herbatę u niej co jeszcze bardziej usatysfakcjonowało
doktorka x. Posłał obu paniom jeden z tych uśmiechów które powalały na kolana. I
już wiedziałam że okręcił je wokół palca.
Wszyscy
siedzieliśmy w salonie na narożniku wokół drewnianego stolika przykrytego
białym obrusem. Po mojej prawej siedziała Nancy która jednym pośladkiem tylko
siedziała bo jej babcia także musiała się wepchać. Starsza kobieta usiadła koło
mojej mamy po lewej stronie ponieważ po jej prawej a po mojej lewej siedział
doktor x który nazwał siebie Danielem Jankowsky. Naprzeciwko mnie siedział tata
Nancy a naprzeciwko mojej mamy jej siostra. Pani Stone biegła z kubkami,
ciasteczkami i nie pomagała jej nawet pomoc starszego brata mojej przyjaciółki
Ediego. Atmosfera była przyjemna ale dla mnie dość krępująca. Zostałam
ściśnięta jak sardynka w puszce a jedynym tematem rozmów było dlaczego nigdy go
nie poznałam z nimi. „Hem , może dlatego że go do jasnej Anielki nie znam?!”
krzyczałam w myślach ale wykwintnie opowiadałam niestworzone historie jak to
się spotkaliśmy w parku. Chyba mogę zacząć pisać książki bo ta niestworzona historia
trzymała się kupy, a rodzice Nancy jak i moja mama od razu to kupili.
- Tak
więc Danielu. –mama pociągnęła łyk czarnej, mocnej herbaty. Jej pistacjowe oczy
nie odrywały wzroku od doktorka który czuł się swobodnie a nawet aż nad zbyt
swobodnie. –Znacie się pół roku. A ty miałeś do mnie ważne pytanie. Tak więc
mów. Słuchamy. O co chciałeś zapytać?
-
Chciałbym aby twoja córka jak i Nancy podróżowały ze mną w czasie. –powiedział to
tak prosto jakby wcale nie zauważył że dodał „w czasie”. To nie jest film s-f.
Może cała nasza rodzina jest w ukrytej kamerze? Rozejrzałam się. Nic nie było
widać a ja wyszłam na osobę z owsikami która nie może usiedzieć w miejscu.
Spojrzałam na matkę która otworzyła usta. Po chwili je zamknęła i marszczyła
brwi. Wiedziałam że teraz podstawia sobie słowa które mogły paść zamiast „w
czacie”. Podrapała się za uchem przy okazji poprawiając przekrzywiony kolczyk. Spojrzała
na panią Stone która nagle upuściła tacę z maślanymi ciasteczkami.
-
Wiedziałam że z tobą jest coś nie tak! –odezwała się mama. Wstała nagle
trącając stuł przez co z kubka starszej Stone wylała się kawa plamiąc biały nieskazitelny
obrusik. Zakryłam dłońmi twarz. Chyba obudził Godzillę która drzemie w mojej
matce. –Moja córka skończy studia, znajdzie pracę, a może dopiero wtedy zgodzę
się by pojechała gdzieś z tobą. Ba nawet udzieliłabym błogosławieństwa wam. Ale
Nancy jak i Lilianna nie będą nigdzie z tobą jechały!
- No
cóż myliłem się. Smith za mną. –wstał od stołu. Nancy spadła z narożnika.
Spiorunowała nas wzrokiem. Zostałam wypchana. Doktor chwycił mnie za dłoń i
zaczął ciągnąć. Czemu wtedy nie stanęłam i nie wyrwałam się, a ruszyłam za nim.
Nancy szybko się ogarnęła w sytuacji. Wstała i zaczęła biec za nami.
Wybiegliśmy z domu. Brunetka ledwo za nami nadążała. Wszystko działo się jak w
zwolnionym tempie jak w takim filmie akcji. Ja trzymam dłoń doktora a za nami
biegnie i Nancy i reszta rodziny. Spojrzałam za siebie. Została złapana przez
brata. Wciągnęła jeszcze rękę jakby chciała byśmy ją wyciągnęli. Przygryzłam
wargę. Spojrzałam na mężczyznę który był nie wzruszony cała tą sytuacją. Miał
minę kamienną za to ja prawie zalewałam się łzami. –Jeszcze po nią wrócimy. Nie
martw się Lilianno Smith.
„Nie
martw się” tak łatwo powiedzieć. Biegliśmy główną ulicą. O dziwo pustą chodź o
tej porze powinno być jak mrówek wszelkich przechodniów i samochodów. Ledwo za nim nadążałam. Co chwila prawie
traciłam dech w piersiach. Nie przepadałam za bieganiem. To nie było moje hobby
i raczej nigdy nie będzie. Nagle na środku drogi stała błękitna budka
telefoniczna. Doktorek wsadził rękę do kieszeni i wyciągnął dziwny przyrząd wyglądający
jak latarka tyle że nie taka zwykła. Jak latarka w długopisie. Chodź to też nie
do końca opisuje wygląd tego srebrnego ustrojstwa. Do tego wydawał dźwięki.
Wciągnął mnie do środka tej budki która w środku wcale taka malutka jak na
zewnątrz. Wręcz przeciwnie. Miejsca w niej było na całą drużynę futbolową. Mężczyzna
puścił mnie po czym podszedł do centrum tej budki. Zaczął coś wciskać, ciągnąć
za przekładnie. Słychać było gwizdy, świsty huki. Więc stałam w ciuchach które pożyczyła
mi Nancy przed herbatą. Ponieważ mama od razu zaznaczyła „Nie będziesz jeść ani
pić w tych ładnych ciuchach”. Tak więc ubrana czarny t-shirt z kotem grającym
na gitarze elektrycznej i jeansach oraz z baletkach które były jeszcze ze
starego stroju stałam jak ten słup. Nie chciałam nic zepsuć i nie wiedziałam
czy mam pozwolenie na rozejrzenie się po całym pomieszczeniu który miał jeszcze
jakieś korytarze. Spojrzałam na doktora. Który uderzył dłonią z całej siły w
coś. Odwrócił się do mnie siląc się na uśmiech.
- Witam
w moich skromnych progach. Rozgość się. W końcu na razie będziesz zdana tylko
na mnie i na Nancy. Nie rób mi tutaj takiej obrażonej miny. Jeszcze po nią
wrócimy. –powiedział. Podszedł do mnie. Był od mnie o głowę wyższy. Pochylił
się nad mną tak że w jego błękitnych tęczówkach mogłam dojrzeć małe
gwiazdeczki. Położył mi dłoń na ramieniu. –Obiecaj mi Lilianno Smith. Że nie
ważne gdzie wylądujemy w jakim czasie w jakim miejscu. Słuchaj się mnie. Bo nie
chcę stracić kolejnej bliskiej mi osoby. Po za tym pytałaś mnie kim jestem. Odpowiadam
ci. Jestem Doktorem 14. Daniel to jedno z wielu imion które używam by się
wpasować. Pytaj o co chcesz spróbuję ci odpowiedzieć.
- 14?
To co inni byli zajęci? –zapytałam żartobliwie. Mężczyzna tylko przewrócił
oczami i zmierzwił mi włosy niczym starszy brat którego nigdy nie miałam.
Doktor 14. Zabawnie to brzmi. Chyba zacznę go nazywać Bob. Bo nie przyzwyczaję
do nazywania go doktorem. –A w ogóle kim ty jesteś? I co to jest za miejsce. I
o co chodzi?
- To
panno Smith jest tardis. Moja najdroższa którą znam już tak długo. Całe
trzynaście wcieleń. Teraz mam czternaste. Dlatego jestem Doktor 14 a nie
pierwszy. Jestem władcą czasu i ty będziesz podróżowała razem ze mną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz