niedziela, 6 września 2015

Prolog -Najpierw musisz coś zakończyć, aby coś zacząć.

Mówi się, że miałam bujną wyobraźnię. Niebieska budka telefoniczna wylądowała w naszych truskawkach. Otworzyły się drzwiczki z których wyszedł mężczyzna. Był młody o ciemnych włosach i jasnych żywych oczach. Uśmiechnął się do mnie. Nie pamiętam czemu byłam na dworze. Moja koleżanka też to widziała i pomachała mu jakby już go kiedyś widziała. Ja go nigdy nie widziałam. Chwile później zniknął i już nigdy się nie pojawił aż do tego feralnego dnia podczas zakończenia szkoły. Siedziałam z Nancy która bardzo się denerwowała. Spojrzała na mnie swymi ciemnymi oczami. Wiedziała, że wszyscy z jej rodziny czekają aż wyjdzie by odebrać dyplom. Charakterystyczna kanciasta, niebieska czapeczka zakrywała jej brązowe upięte w nienaganny kok włosy. Parę kosmyków opadło jej na czoło. Dyrektor już oddawał dyplomy po kolei przywołując każdego z nas. W końcu i wyczytał mnie. Wstałam z drewnianego krzesła z miękkim czerwonym obiciem. Czułam jak moje nogi robią się jak z ołowiu. Stanęłam tuż obok mężczyzny w podeszłym wieku ubranego w granatowy garnitur. Spojrzałam na tych wszystkich ludzi oraz na moją mamę która siedziała wycierała oczy materiałową chusteczką. Obok niej siedział Brandon który pomachał mi i uśmiechnął się ukazując szczerbę po między zębami. Nagle dojrzałam mężczyznę. Lekkie przebłyski pojawiły się w umyśle. Znałam go ale wtedy jeszcze nie wiedziałam dlaczego. Ciemne włosy zaczesane do tyłu dosyć długie lecz zadbane i  jasne okrągłe oczy. Mógł być trochę od mnie starszy lecz nie o wiele. Delikatny zarost jak parę dni po goleniu. Miał na sobie koszulę która miała podobny kolor do kremowego. Do tego brązowe spodnie na kant. Zauważył mój wzrok i pomachał mi. Wtedy zdałam sobie sprawę że dyrektor nadal stoi z moim dyplomem ukończenia szkoły do tego z wyróżnieniem. Odwróciłam się i drżącą ręką chwyciłam za papier zawinięty w czerwoną wstążkę. Mama wstała z krzesła i zaczęła klaskać. Za nią i inni zaczęli klaskać. Typowa reakcja łańcuchowa. Nawet nieznany mężczyzna klaskał. Wróciłam na swoje miejsce. Od razu opowiedziałam Nancy o tym co widziałam. Dziewczyna spojrzała na mnie jak na wariatkę. Odwróciła się by choć dojrzeć mężczyznę.
 - To niemożliwe. –powiedziała. Oczy miała wielkie jak dwie złote monety. -On… Pamiętasz Lil tamtego faceta? Tego co pojawił się w budce telefonicznej? Wydaje mnie się że to on. Lecz to jest nie możliwe. Przecież miałby teraz pewnie tyle samo lat co mój ojciec. A wygląda na trochę starszego od nas. Myślisz że zwariowałam?
 - Jeśli tak to nas jest dwie. –powiedziałam drżącym głosem. –Podejdę do niego. Zapytam się czego chce. Może nie jest to do nas? Może ma tu siostrę, brata, kuzynkę? Nie wiem. Nancy to nie jest za normalne.
 Wstałam z krzesła. Pomału zaczęłam ruszać w stronę mężczyzny który jakby na mnie czekał. Ręce miał założone na piersiach. Opierał się o ścianę. Rękawy koszuli miał podciągnięte do łokci. Uniósł kącik ust widząc jak do niego podchodzę. Stanęłam naprzeciwko niego. Wyciągnął ku mnie dłoń lecz nie tak jak podczas przywitania. Chciał abym za nią chwyciła. Zamrugałam oburzona. Ja tego faceta nawet nie znałam. Może chce mnie uprowadzić i w lesie zaciukać siekierą? Nie wiedziałam i raczej nie chciałam tego sprawdzać. Włożyłam dłonie do kieszeni granatowej spódniczki sięgającej do kolan wystawiając tylko kciuki. Uniosłam wzrok na niego.
 - Kim ty jesteś? I czy my się w ogóle znamy? –spytałam. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę że to musi głupio brzmieć jeśli to nie było do mnie. Co jeśli się obraził i powie że jestem niewychowana i pyskata? Tyle że jeszcze przed chwilą podawał mi dłoń. Pochwalił się nad mną i odgarnął parę kosmyków za ucho. Czułam jego ciepły oddech tuż przy uchu.
 - Lilianno Smith znamy się i to od dawna. Chodź widziałaś mnie przez chwilę. Twoja przyjaciółka dobrze mnie pamięta. –wyszeptał. Moje policzki zaczęły niemiłosiernie się rumienić. Za blisko był. Chwycił mnie za podbródek tak że widziałam całą jego twarz. Idealną pod każdym względem. Nie przeciętną. Chłodne niebieskie oczy jasne i zarazem tajemnicze. Powiedział to raz, a wyraźnie. –Jestem Doktor Lilianno.
 -Doktor kto? Doktor anestezjolog, chirurg, laryngolog? Kto? –odsunęłam się. Prawię wpadając na szerszą kobietę, która na szczęście tak skupiła się na przemówieniu końcowym że nawet nie zorientowała się że uderzyłam ją łokciem. Uśmiechnął się tylko ukazując śnieżnobiałe zęby.
 - Bardzo dobre pytanie Smith. Pozwól, że odpowiem ci na nie w innym czasie. Tak więc ruszamy. Wpierw jednak zapakujesz się. Pasta, szczoteczka i inne rzeczy które na pewno ci nie pożyczę. To Nie higieniczne szczotkować się jedną i tą samą szczoteczką. O! Może masz płyn do dezynfekcji powierzchni? –spytał. Zmarszczyłam się. Nigdzie się z nim nie ruszam. Po za tym nawet jeśli bym ruszyła to mama zdecydowanie by mi na to nie pozwoliła. Po za tym miałam już ułożony plan na życie.
 - Nie! –uniósł brew pytając czy chodzi o to. że nie mam płynu do dezynfekcji powierzchni. Zaprzeczyłam parę razy energicznie kręcąc głową. Parę włosów wpadło mi przez przypadek do ust. –Nie. Ja cię nie znam. A nawet gdyby. Ja miałam pójść na studia. Zostać lekarzem weterynarii. Na koniec roku się zakochać w chłopaku o ciemnych oczach jak węgielki. Wziąć ślub dwa lata później. On będzie pracował jako nauczyciel fizyki w liceum. Mieć dwóję dzieci. I nagle mam z tobą lecieć? Nie pomyślałeś może to tym, że nie chcę? A nawet gdybym chciała myślisz, że moja matka się zgodzi? W większości to jej plan. To ona wypisała mi całe moje życie odkąd mnie urodziła.
 - Wiem. Wiem. Ale jak chcesz to opowiadaj dalej. Akurat wszystko się skończy i porozmawiam z twoją matką. Nancy też leci. Chodź nie do końca tego chcę. Jest typowym psujem? Czyż nie? Nie chroń koleżanki mów prawdę. –powiedział tak jakby nie słyszał przed chwilą zaprzeczenia. Ja nie miałam zamiaru z nim lecieć. Lecz jeśli i Nancy miała lecieć to czemu wciąż mnie coś powstrzymuje.
 - Czego nie rozumiesz w słowie „Nie”? I tak, Nancy ma złote rączki. Co dotknie to się nagle rozpadnie. Lub popsuje. Tylko niech za coś chwyci, pociągnie, przekręci… Nancy? –zdziwiłam się. Dziewczyna stała tuż obok nas. Nie miała na głowie czapki. Trzymała ją pod pachą, a w jednej dłoni trzymała niebieski frędzelek który powinien znajdować się na środku czapki a nie w jej dłoni. Ściągnęła brwi tak że po między nimi powstała zmarszczka. Przysunęła się bliżej mnie. –To jest ten gość którego widziałyśmy kiedy byłyśmy małe. Wiem, że to chore. Może mamy zwidy? Wiem. Myślisz że nam coś dosypał? A niech no wpadnie w moje ręce.
 - Dziewczęta. –nasz doktorek X chrząknął. Czyżby nie odpowiadało mu to, że głośno twierdzimy iż to tylko wybryk naszej wyobraźni oraz halucynacji po tym jak mój kochany, mało inteligentny młodszy braciszek nam coś dosypał. –Jestem tu naprawdę. Cały, zdrowy i żywy. Wytłumaczę wam wszystko w tardis, a mamy jeszcze dwa przystanki. Nancy wytłumaczysz swojej przyjaciółce dlaczego macie, ze mną podróżować? Bo na razie się opiera, a musimy jeszcze podjechać po wasze rzeczy chyba że kupimy wszystko w tych wielkich sklepach. Szczoteczki do zębów, jakiś preparat na linienie. Nie lubię kiedy gdzieś na jakimkolwiek przedmiocie leży czyjś włos. A wiem, że w waszym przypadku to często będę je widywał. To jest odrażające. Nie rozumiem po co ludzie gubią włosy. Są na pewno preparaty przeciwko łysieniu. Lub wzmacniające włosy. A więc Nancy, Lilianno? Czekamy na waszych rodziców? Stonowie będą się upierać ale Smith pozwoli. Nancy rozumiem, że z tobą mają wielkie plany nawet większe niż z Lilianną? No to najwyżej po ciebie wrócimy. Lilianna Smith pewnie mnie obedrze ze skóry za to, że nie skoczy studia. Powiedziałbym ci że lepiej abyś poszła na fizykę tak jak Nancy ale przeczuwam że nie jesteś wcale z niej dobra.
 - Odkąd fizyka pojawiła się w szkole daję jej korki. Starsza siostra mnie poduczyła a ja złapałam bakcyla. –brunetka odruchowo spojrzała na wszystkich siedzących. Wzrokiem musiała odnaleźć swoich rodziców ponieważ pomachała do nich, co sprawiło że cała jej rodzina zaczęła iść w jej stronę. Zauważyła to także moja mama. Wstała i pociągnęła mojego młodszego brata. –Dobra panie X zwołaliśmy sabat zaraz wszyscy się zbiorą. To będzie jak walka o ciuchy na przecenie. Zacięta z wielką stawką. Moi rodzice są uparci. Zobaczymy jak ich przekonasz panie inteligent.
 - Któż to taki? –spytała mama Nancy. Kobieta w wieku średnim której włosy były farbowane dokładnie wczoraj na platynowy blond bo przecież już widać jej siwiznę a przynajmniej tak twierdzi. Trzymała za rękę swojego męża który miał wszystko gdzieś i pewnie gdyby to on sam opiekował się Nan to machnąłby ręką. Nie był typowym ojcem który nie pozwoli by jego mała córeczka spotykała się z facetem. Za to jej matka musiała zadać setkę pytań zanim zgodzi się by jej córka się z nim spotykała. –Nigdy cię nie widziałam więc na pewno nie jesteś chłopakiem Nancy. Lili to twój chłopak? Coś skończył? Jaki kierunek? Pytam zawczasu zanim twoja matka tu dojdzie. Obedrze cię ze skóry jak się okaże, że nie uczy się w żadnym uniwersytecie.
 - Fizyka. W każdym możliwym zakresie. –uśmiechnął się do matki Nan. Nawet nie dał mi powiedzieć że my nic ku sobie. Po prostu zaczął czarować wszystkich. Może to czarodziej i używa teraz swojej magii? Nadeszła i moja mama. Zlustrowała chłopaka wzrokiem przy okazji także i mnie. Szepnęła coś na ucho pani Stone ta od razu jej odpowiedziała. Zauważyłam dziwny błysk w jej pistacjowych oczach. Spojrzała na mnie z uśmiechem. –Tak, tak pani Smith. Fizyka na jednym z lepszych uniwersytetów. Geniusz już od najmłodszych lat. Przymierzam się do doktoratu. Zacząłem wcześniej studia. I jestem tu z takim pytaniem. Lecz może lepiej je zadać przy łyku herbaty i ciastku?
 - Oczywiście. –mama uśmiechnęła się. Czyżby myślała że spyta o błogosławieństwo? Mam z nim podróżować nie wiem gdzie ale po tym jakie zrobił na matce wrażenie byłaby zadowolona nawet gdyby powiedział że zabierze mnie do Honolulu. Pani Stone zaproponowała herbatę u niej co jeszcze bardziej usatysfakcjonowało doktorka x. Posłał obu paniom jeden z tych uśmiechów które powalały na kolana. I już wiedziałam że okręcił je wokół palca.

            Wszyscy siedzieliśmy w salonie na narożniku wokół drewnianego stolika przykrytego białym obrusem. Po mojej prawej siedziała Nancy która jednym pośladkiem tylko siedziała bo jej babcia także musiała się wepchać. Starsza kobieta usiadła koło mojej mamy po lewej stronie ponieważ po jej prawej a po mojej lewej siedział doktor x który nazwał siebie Danielem Jankowsky. Naprzeciwko mnie siedział tata Nancy a naprzeciwko mojej mamy jej siostra. Pani Stone biegła z kubkami, ciasteczkami i nie pomagała jej nawet pomoc starszego brata mojej przyjaciółki Ediego. Atmosfera była przyjemna ale dla mnie dość krępująca. Zostałam ściśnięta jak sardynka w puszce a jedynym tematem rozmów było dlaczego nigdy go nie poznałam z nimi. „Hem , może dlatego że go do jasnej Anielki nie znam?!” krzyczałam w myślach ale wykwintnie opowiadałam niestworzone historie jak to się spotkaliśmy w parku. Chyba mogę zacząć pisać książki bo ta niestworzona historia trzymała się kupy, a rodzice Nancy jak i moja mama od razu to kupili.
 - Tak więc Danielu. –mama pociągnęła łyk czarnej, mocnej herbaty. Jej pistacjowe oczy nie odrywały wzroku od doktorka który czuł się swobodnie a nawet aż nad zbyt swobodnie. –Znacie się pół roku. A ty miałeś do mnie ważne pytanie. Tak więc mów. Słuchamy. O co chciałeś zapytać?
 - Chciałbym aby twoja córka jak i Nancy podróżowały ze mną w czasie. –powiedział to tak prosto jakby wcale nie zauważył że dodał „w czasie”. To nie jest film s-f. Może cała nasza rodzina jest w ukrytej kamerze? Rozejrzałam się. Nic nie było widać a ja wyszłam na osobę z owsikami która nie może usiedzieć w miejscu. Spojrzałam na matkę która otworzyła usta. Po chwili je zamknęła i marszczyła brwi. Wiedziałam że teraz podstawia sobie słowa które mogły paść zamiast „w czacie”. Podrapała się za uchem przy okazji poprawiając przekrzywiony kolczyk. Spojrzała na panią Stone która nagle upuściła tacę z maślanymi ciasteczkami.
 - Wiedziałam że z tobą jest coś nie tak! –odezwała się mama. Wstała nagle trącając stuł przez co z kubka starszej Stone wylała się kawa plamiąc biały nieskazitelny obrusik. Zakryłam dłońmi twarz. Chyba obudził Godzillę która drzemie w mojej matce. –Moja córka skończy studia, znajdzie pracę, a może dopiero wtedy zgodzę się by pojechała gdzieś z tobą. Ba nawet udzieliłabym błogosławieństwa wam. Ale Nancy jak i Lilianna nie będą nigdzie z tobą jechały!
 - No cóż myliłem się. Smith za mną. –wstał od stołu. Nancy spadła z narożnika. Spiorunowała nas wzrokiem. Zostałam wypchana. Doktor chwycił mnie za dłoń i zaczął ciągnąć. Czemu wtedy nie stanęłam i nie wyrwałam się, a ruszyłam za nim. Nancy szybko się ogarnęła w sytuacji. Wstała i zaczęła biec za nami. Wybiegliśmy z domu. Brunetka ledwo za nami nadążała. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie jak w takim filmie akcji. Ja trzymam dłoń doktora a za nami biegnie i Nancy i reszta rodziny. Spojrzałam za siebie. Została złapana przez brata. Wciągnęła jeszcze rękę jakby chciała byśmy ją wyciągnęli. Przygryzłam wargę. Spojrzałam na mężczyznę który był nie wzruszony cała tą sytuacją. Miał minę kamienną za to ja prawie zalewałam się łzami. –Jeszcze po nią wrócimy. Nie martw się Lilianno Smith.
 „Nie martw się” tak łatwo powiedzieć. Biegliśmy główną ulicą. O dziwo pustą chodź o tej porze powinno być jak mrówek wszelkich przechodniów i samochodów. Ledwo za nim nadążałam. Co chwila prawie traciłam dech w piersiach. Nie przepadałam za bieganiem. To nie było moje hobby i raczej nigdy nie będzie. Nagle na środku drogi stała błękitna budka telefoniczna. Doktorek wsadził rękę do kieszeni i wyciągnął dziwny przyrząd wyglądający jak latarka tyle że nie taka zwykła. Jak latarka w długopisie. Chodź to też nie do końca opisuje wygląd tego srebrnego ustrojstwa. Do tego wydawał dźwięki. Wciągnął mnie do środka tej budki która w środku wcale taka malutka jak na zewnątrz. Wręcz przeciwnie. Miejsca w niej było na całą drużynę futbolową. Mężczyzna puścił mnie po czym podszedł do centrum tej budki. Zaczął coś wciskać, ciągnąć za przekładnie. Słychać było gwizdy, świsty huki. Więc stałam w ciuchach które pożyczyła mi Nancy przed herbatą. Ponieważ mama od razu zaznaczyła „Nie będziesz jeść ani pić w tych ładnych ciuchach”. Tak więc ubrana czarny t-shirt z kotem grającym na gitarze elektrycznej i jeansach oraz z baletkach które były jeszcze ze starego stroju stałam jak ten słup. Nie chciałam nic zepsuć i nie wiedziałam czy mam pozwolenie na rozejrzenie się po całym pomieszczeniu który miał jeszcze jakieś korytarze. Spojrzałam na doktora. Który uderzył dłonią z całej siły w coś. Odwrócił się do mnie siląc się na uśmiech.
 - Witam w moich skromnych progach. Rozgość się. W końcu na razie będziesz zdana tylko na mnie i na Nancy. Nie rób mi tutaj takiej obrażonej miny. Jeszcze po nią wrócimy. –powiedział. Podszedł do mnie. Był od mnie o głowę wyższy. Pochylił się nad mną tak że w jego błękitnych tęczówkach mogłam dojrzeć małe gwiazdeczki. Położył mi dłoń na ramieniu. –Obiecaj mi Lilianno Smith. Że nie ważne gdzie wylądujemy w jakim czasie w jakim miejscu. Słuchaj się mnie. Bo nie chcę stracić kolejnej bliskiej mi osoby. Po za tym pytałaś mnie kim jestem. Odpowiadam ci. Jestem Doktorem 14. Daniel to jedno z wielu imion które używam by się wpasować. Pytaj o co chcesz spróbuję ci odpowiedzieć.
 - 14? To co inni byli zajęci? –zapytałam żartobliwie. Mężczyzna tylko przewrócił oczami i zmierzwił mi włosy niczym starszy brat którego nigdy nie miałam. Doktor 14. Zabawnie to brzmi. Chyba zacznę go nazywać Bob. Bo nie przyzwyczaję do nazywania go doktorem. –A w ogóle kim ty jesteś? I co to jest za miejsce. I o co chodzi?

 - To panno Smith jest tardis. Moja najdroższa którą znam już tak długo. Całe trzynaście wcieleń. Teraz mam czternaste. Dlatego jestem Doktor 14 a nie pierwszy. Jestem władcą czasu i ty będziesz podróżowała razem ze mną.